na wycieczce

na wycieczce

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Na Marsie jest życie, i to inteligentne. Wystarczy poszukać w ziemskiej kulturze.

Francuska pocztówka z końca XIX wieku przedstawiająca "Marsjankę"Pod koniec XIX wieku jeszcze wierzono trochę (z rozpędu), że w tajemniczych miejscach na Ziemi, oznaczanych na mapach białymi plamami, znajdują się niesamowitości: tajemnicze stworzenia, ludy-niewidy.
Ale tak naprawdę wszyscy zdawali sobie już sprawę, że człowiekowi kończy się Ziemia do odkrywania. Trudno było się już spodziewać, że te rachityczne białe plamki kryją egzotyczne i tajemnicze imperia na miarę władztwa Księdza Jana, albo, że mieszkają tam dziwostwory na miarę kynokefałów.
kynokefał
Niektórzy kombinowali jeszcze z tajemniczymi cywilizacjami we wnętrzu Ziemi czy na dnach oceanów, ale najczęściej Ziemianie zaczęli – jak to ujęli Simon i Garfunkel w „Mrs. Robinson” – „obracać samotne oczy” w kosmos.
I w 1877 roku przeszył ich dreszcz podniecenia, bo włoski astronom Schiaparelli ogłosił, że zaobserwował na Marsie dziwne konstrukcje przypominające kanały. A tam, gdzie kanały – ucieszyli się Ziemianie – tam tajemnicza, egzotyczna cywilizacja!
Mapa kanałów marsjańskich na podstawie obserwacji włoskiego astronoma
Mapa kanałów marsjańskich na podstawie obserwacji włoskiego astronoma
I dopóki w 1965 roku w okolice naszej sąsiedniej planety nie wybrała się sonda kosmiczna Mariner 4, i dopóki Ziemianie z rozczarowaniem nie obejrzeli zdjęć, z których ziała beznadziejnie nudna pustynia, i dopóki nadzieje na kolegów z Marsa z którymi można sensownie pogadać nie poszły w diabły – Mars był intensywnie kolonizowany przez ziemską wyobraźnię.
Jedna z fotografii przesłanych z Marinera
Jedna z fotografii przesłanych z Marinera
I wyglądał o wiele ciekawiej, niż znana nam obecnie czerwonawa bryła minerałów z nasowskich fotek.
611342-01-08
O planecie zwanej „czerwoną”, którą to zbitkę tak przeeksploatowano w mediach, że używają już jej chyba tylko ci, których nie razi „białe szaleństwo”, „czarny ląd” czy „państwo środka”, pisano mnóstwo. Kręcono o niej filmy. Pisano wiersze. Malowano ją i rysowano.
Artystom sekundowali mężnie naukowcy, szczególnie ci marzycielscy i/bądź ci lubiący się pokazywać w kolorowych czasopismach.
Percival Lowell na przykład, naukowy (choć astronom-amator) celebryta fin-de-siecle’u, twierdził z całą stanowczością, że ciemne obszary na Marsie to ni mniej, ni więcej uprawne pola, a kanały służą do dostarczania do nich wody z biegunowych czap lodowych.
Kanały w wizji Percivala Lowella
Kanały w wizji Percivala Lowella
Z kolei r. W. W. Coblentz mówił w 1933 redaktorom „Popular Mechanics”, że „uważa, że ciemniejsze obszary Marsa mogą być czymś w rodzaju prerii”, a odkrywca satelity Saturna Febe, prof. William H. Pickering („obecnie rezydent Jamajki” – jak z zazdrością odnotowywali redaktorzy „Mechanics”) wątpił, by „kanały” były rzeczywistymi kanałami, zgadzał się jednak, że z całą pewnością są „strefami wegetacji”.
Profesor opowiadał, że ze swego obserwatorium na Jamajce (ech…) „obserwował chmury marsjańskie” niesione przez „marsjański wiatr”, i zaobserwował, że wiatry te wykazują pewną powtarzalność. Jeśli powtarzalność tę zaobserwował z Jamajki ziemski profesor, musieli – zakłada prof. Pickering – zauważyć ją i Marsjanie, i w związku z tym najprawdopodobniej sadzą oni swoje uprawy właśnie na linii tych chmur. Ot, cała tajemnica kanałów.
W czasach tego marsjańskiego entuzjazmu twierdzenia pewnego grecko-francuskiego astronoma o nazwisku E. M. Antoniadi, że kanały, czy „strefy wegetacji” są niczym więcej, jak tylko złudzeniem optycznym, były przez publikę ze wzgardą odrzucane.
Mars: "nieromantyczna" wizja Antoniadi'ego
Dr Frank Schlesinger z Yale uważał, że na Marsie mogą istnieć zwierzęta, nawet inteligentne, ale to nie znaczy – chłodził entuzjastyczne głowy – że muszą być podobne do ludzi. „Jest szansa jedna na milion, by uformowały się tak, jak my” – twierdził ów sceptyk.
Dr Schlesinger wyobrażał sobie – na przykład – marsjańskie zwierzęta bez głów. Albo bez kości. – Wydaje mi się, że jednym z najbardziej potwornych widoków dla Ziemianina, byłby widok zwierząt z Marsa – o ile tam takie są – straszył.
Profesor Pickering (ten z Jamajki) planował wybudowanie systemu pięćdziesięciu gigantycznych luster, za pomocą których można by Marsjanom puszczać zajączki. Ci, zachęceni migotaniem, mieliby z kolei odmigotać nam, Ziemianom.
System luster profesora Pickeringa ("Popular Mechanics")
No dobrze – puścić zajączka: łatwo. Ale co takim zajączkiem przekazać? Jakim systemem? Znają-to Marsjanie Morse’a? Mówią po angielsku? Francusku? Po łacinie chociaż?
W artykule zamieszczonym w „Popular Science” z maja 1919 roku uznano, że z Marsjanami warto rozmawiać za pomocą figur geometrii euklidesowej. „Wyedukowani Marsjanie powinni je rozpoznać” – zakładają autorzy.
A jak wyglądają ci Marsjanie, wyedukowani czy nie? Autorzy artykułu próbują dedukować, biorąc jako postawę swej dedukcji warunki panujące na planecie. Są one – zauważają – odmienne co prawda od tych na Ziemi, jednak nie aż tak w końcu bardzo. Mars – Marsem, ale Marsjanie światło słoneczne mają – powinni więc widzieć. Powinni również odczuwać ciepło i zimno, bo i ciepło, i zimno na Marsie bywa. Marsjańska atmosfera może przenosić dźwięki – powinni więc słyszeć. Bo jeśli prawie wszystkie zwierzęta na Ziemi rozwinęły te zmysły – czemu zwierzęta marsjańskie nie miałyby tego robić?
Autorzy artykułu obawiają się, że Marsjanie są bardziej rozwinięci od nas, dlatego być może traktowaliby nas – zajączkujących zawzięcie – jak dzieci. Zastanawiają się, co też Marsjanie mogliby nam powiedzieć: czy chwaliliby się wielkimi osiągnięciami naukowymi? Może chcieliby otworzyć „Międzygwiezdną Szkołę Korespndencyjną dla Ziemian i innych niedorozwiniętych istot”? Czy raczej żaliliby się, że ich świat umiera z powodu braku wody?
Tak mógł - według NASA - wyglądać Mars 3,5 miliarda lat temu, gdy jeszcze była na nim woda/AFP
Tak mógł - według NASA - wyglądać Mars 3,5 miliarda lat temu, gdy jeszcze była na nim woda/AFP
Dr Hawlow Shapley wątpił w inteligencję marsjańskich stworzeń. Radził raczej tym, którzy pragną kontaktu z Marsjanami, by nauczyli się najpierw kontaktować z marchewką i meduzą.
Dr E. E. Free wywodził również, że na Marsie mogą istnieć zwierzęta, ale jednocześnie ostrzegał uczciwie, że „wątpi, by ewoluowały wyżej, niż skorupiaki”, i stawiał tezę, że marsjańskie stworzenia wodne pozbawione są kręgosłupów.
Dlaczego? Dlaczego, dlaczego. A dlatego – twierdził dr Free – że na Marsie nie ma dużych różnic wysokości, a co za tym idzie – nie ma rwących potoków, a tam, gdzie nie ma rwących potoków – chroniące konstrukcję ciała kręgosłupy nie są potrzebne.
„Marsjanie zatem” – konkludują redaktorzy „Popular Mechanics” – „przypominają homary”.
Ale artyści uznali homary za zbyt mało fascynujące. Menażeria istot i kalejdoskop cywilizacji zamieszkujących Marsa w wizjach Ziemian był niebywały i porażający.
Wątpiący w Marsjan nie mieli w tamtych czasach łatwego życia. Już w wydanej w 1880 roku powieści Percy’ego Grega „Across the Zodiac” niedowiarkom uciera się nosa: oto Ziemianin, który na urządzeniu antygrawitacyjnym dociera na sąsiednią planetę , pytany skąd pochodzi odpowiada, że z Ziemi.
Marsjanie biorą go za pospolitego ściemniacza, bo na Ziemi, jak każdy Marsjanin dobrze wie, życia nie ma. Nasz Ziemianin – twierdzą Marsjanie (którzy wyglądali mniej więcej tak, jak Ziemianie, tyle, że mierzyli mniej, niż po metr pięćdziesiąt) – musi zatem podchodzić z jakiegoś marsjańskiego zadupia, tylko wstydzi się przyznać.
Warto dodać również, że Percy Greg, dostarczając czytelnikom informacji na temat języka, którym posługują się niscy Marsjanie (włącznie z tabelami gramatycnzymi) stworzył pierwszy kosmiczny język, będąc w związku z tym prekursorem wszystkich klingońskich czy tych używanych w świecie „Gwiezdnych Wojen”.
Książkę “Across the Zodiac”, dostępną w “Google books”, można przeczytać tutaj.
W 1896 John McCoy z 1896 napisał książkę pt. „Prophetic Romance”. Jest to odwrócenie schematu, który jeszcze w gruncie rzeczy nie zdążył się na dobre stworzyć: to Marsjanie odwiedzają Ziemię, a nie odwrotnie. Składają się na książkę listy pisane przez marsjańskiego Lorda Komisarza, który został wysłany na naszą planetę przez Kanclerza Komandora Marsa (z punktu widzenie McCoya – w przyszłości, czyli mniej więcej w naszych czasach), by zrelacjonować, jak też żyje się Ziemianom na tej Ziemi.
Wizja zatem Bleilera jest w zasadzie opisem ziemskiej utopii, w której spełnia się większość postulatów XIX-wiecznych postępowców, takich, jak równouprawnienie płci, równość społeczna itd. Wizja jest bardzo chciejska: autor widzi niektóre religijne tezy udowodnionymi naukowo (np. specjalne aparaty fotograficzne robią zdjęcia ludzkich dusz opuszczających ciało w chwili śmierci) i wprowadza harmonijną symbiozę nauki i religii.
Jest to więc ciekawa wizja, którą obecnie zakatologować możemy do kategorii “Future in the Past”
Everett F. Bleiler w książce „Science-Fiction, the Early Years” opisuje ją tak:
„Narrator podróżuje statkiem kosmicznym, doświadczające halucynacji wynikających z chemicznych właściwości atmosfery między planetami”. Najpierw ląduje na Księżycu, który „choć obecnie jest martwy, był dawniej domem” starożytnej cywilizacji zniszczonej przez uderzenie komety. Atmosfera na Księżycu się dopiero „odtwarza”, dlatego nadal – póki co – nie nadaje się do zamieszkania.
Lord Komisarz ląduje w USA, którego stolicą jest „Midland”. Wita go prezydent-kobieta, która wygłasza mowę na temat przyjaźni ziemsko-marsjańskiej.
Po miastach poruszają się elektryczne automobile, piesi spacerują po podniebnych chodnikach rozpiętych między wieżowcami, emocje mierzone są urządzeniami, które Bleiler nazwał „lovemeters”.
Wegetarianizm jest rzeczą powszechną. Nikt nie pije. Prawie nikt się nie rozwodzi (bo nie wolno, poza drastycznymi przypadkami). Z Biblii usunięto co bardziej krwawe momenty – nazywa się to „reformą religii”. Pracownicy wielkich korporacji zarabiają przewidziane prawem stawki. Prawa wyborcze mają „głowy domu” pomiędzy czterdziestym a sześćdziesiątym rokiem życia, a ci, którzy chcą być politykami muszą kończyć specjalne szkoły. Wszystkie ustawy poddaje się pod działanie demokracji bezpośredniej (referendum). Zmiany te zaszły po rewolucji, w której wściekli obywatele wysadzili w powietrze obie izby Kongresu.
Sprawiedliwe USA nie miały nic przeciwko wchłonięciu Kanady i Ameryki Środkowej, a nasz Marsjański Lord Komisarz nie ma nic przeciwko interplanetarnemu związkowi z niejaką Loletą, przyjaciółką pani prezydent, dla której zresztą staje się Ziemianinem z wyboru.
A jak wygląda Mars? Tak, jak Ziemia, tylko „bardziej”: nauka jest bardziej zaawansowana, Marsjanie tworzą jeden naród i latają swobodnie po całym Układzie Słonecznym.
Marsjanie złożyli też nam wizytę w książce H. G. Wellsa. Nie bawili się jednak w wysyłanie do nas Lorda Komisarza, tylko od razu pchnęli na Ziemię kosmiczną flotę wojenną. I są tak niehumanitarni, jak niehumanoidalni. To jedno z pierwszych wyobrażeń Marsjan, w którym są oni tak odmienni od ludzi.
Apokaliptyczna „Wojna światów” z 1898 roku to klasyka literatury sci-fi, ale i literatury z bardziej ambitnym zacięciem, pokazującej ludzkie zachowania w sytuacji, w której za chwilę zabraknie ludzkości. Jako, że pisana była jeszcze zanim Nowy Jork stał się naczelnym celem nie tylko złych kosmitów, ale i potworów, meteorytów, fal gigatsunami, ultramrozu, King Konga, wielkiego ludzika Michelin i innych kataklizmów dotykających oblicze tej Ziemi – Marsjanie atakują Londyn. I ogólnie, Zjednoczone Królestwo.
War-of-the-worlds-tripod
Gigantyczne, trzydziestometrowe trójnogie machiny bojowe, operowane przez ośmiornicoidalnych sąsiadów z planety obok, za pomocą „snopów gorąca” i „czarnego dymu” łamią opór wojsk najpotężniejszego państwa planety. Ziemia, jaką znamy ginie, dopóki jej dotychczasowym władcom, ludziom, nie przychodzą w sukurs najpodlejsi – wydawałoby się –Ziemianie: bakterie. To one rozkładają Marsjan, i to z dziecinną łatwością. I sprawiają, że ludzie znów obejmują Ziemię w posiadanie.
Warto zresztą dodać, że już w epoce, w której jeszcze to Wielka Brytania pełniła rolę planetarnego hegemona, Amerykanie wykazywali tendencję do przyjmowania na własną pierś apokaliptycznych nieszczęść: 1989 roku „Boston Post” zaczął drukować wersję „Wojny światów”, w której akcję ze starej, dobrej Anglii przeniesiono do Nowej Anglii. Wściekły Wells protestował.
Ameryka nie uniknęła jednak inwazji Marsjan. Kilkadziesiąt lat później Orson Welles wykorzystał powieść Wellsa i narobił paniki w nowym imperium światowym – Stanach Zjednoczonych. Ale to już inna historia.
Tymczasem na Marsjan czekała zemsta Ziemian. Karzącym ramieniem naszej planety miał być nikt inny, jak Thomas Alva Edison, tak, TEN Edison. Jeden z najbardziej znanych wynalazców w historii na przełomie wieków był bowiem celebrytą. W tamtym czasie zresztą ludzie szeroko pojętej nauki – jak wspomniany już Percival Lowell, czy Albert Einstein – bywali celebrytami, za którymi media uganiały się tak, jak obecnie uganiają się za Lady Gagą.
Thomas Alva Edison poleciał gnębić Marsa w powieści pt. „Edison’s Conquest of Mars” (która zresztą była sequelem wspomnianej amerykańskiej wersji „Wojny światów” zamówionej przez „Boston Post”).
conquest
Autorem „Edison’s Conquest of Mars” był Garret P. Serviss, amerykański astronom i pisarz science-fiction. Wysłał on Edisona na Marsa wyposażonego we własnego pomysłu niesamowite zabawki, z których najdonioślejszą były promienie dezintegrujące (ziemska odpowiedź na marsjańskie „snopy gorąca”). Za pomocą tychże promieni, a także ziemskiej floty kosmicznej, Ziemianie pod wodzą Edisona, po serii bitew godnych homerowego opisu, niszczą złowrogą cywilizację w drobiazgi.
Książka byłaby o wiele mniej ciekawa jednak, gdyby Ziemianie – przy okazji podbijania Marsa – nie dowiedzieli się paru interesujących rzeczy. A dowiadują się m. in. , że Marsjanie już od jakiegoś czasu porywają ludzi z Ziemi. I że to oni wybudowali piramidy.
I dlatego Serviss powinien być hołubiony przez wszystkich miłośników Danikena i czasopism typu „Weekly World News” czy polskie nieodżałowane „Skandale”.
Najbardziej jednak popularne były powiastki i powieści, które można by określić jako „pulp science fiction” – z gatunku, który nazwano „Sword and Planet”.
Tajemnicze imperia, ruiny zaginionych cywilizacji, grubymi kreskami kreśleni rycerscy bohaterowie i złowrogie sukinsyny, magia, tajemnice, piękne księżniczki, potwory i niesamowite, starożytne rasy, przeklęte klejnoty – można wyliczać długo, a i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi. Fantasy, bezpośrednie przedłużenie bohaterskich legend, rycerskich eposów, i ogólnie wszystkiego, co od wieków fascynowało męską głównie część ludzkości – zaczynało w tamtych czasach kwitnąć. Po świecie Ery Hyboriańskiej wędrował Conan barbarzyńca, a po Marsie – John Carter.
Seria Edgar Rice Burroughsa (twórcy Tarzana) o Johnie Carterze, którą zapoczątkowała wydana w 1917 roku „Księżniczka Marsa”, była czymś pomiędzy science-fiction a fantasy, z dużym jednak naciskiem na to ostatnie. Z science-fiction pozostało wyłącznie tło (obca planeta, niektóre technologie nieznane Ziemianom), cała natomiast rzeczywistość, w której funkcjonowali bohaterowie Burroughsa wydaje się charakterystyczna dla gatunku fantasy właśnie.
princess
Pokrótce:
Kapitan John Carter, który w amerykańskiej wojnie secesyjnej walczył po stronie Południa, zostaje w tajemniczy i mistyczny sposób przeniesiony na Marsa, gdzie – z tej racji, że pochodzi z planety o znacznie większym ciążeniu – posiada niesamowitą siłę, i skacze, jakby fruwał (coś wam to przypomina? Tak: w identyczny sposób tłumaczone są supermoce Clarka Kenta).
Mars w wizji Burroughsa jest fantastycznym rozwinięciem wizji Percivala Lowella. Planeta niegdyś kwitnąca, obecnie wysycha i umiera. Kanały przypominają egipski Nil – tylko przy nich może funkcjonować cywilizacja, dlatego marsjańskie państwa-miasta są w stanie wiecznej przepychanki o strategiczny do nich dostęp. Dnie marsjańskie są upalne, noce – zimne. Rok trwa prawie dwa ziemskie lata.
Marsjanie to istoty podobne do ludzi, choć – cóż – znoszą jaja. Różnią się od siebie kolorem skóry: istnieją Marsjanie biali, czarni, czerwoni i – żeby było ciekawiej – zieloni. Ci zieloni są prymitywni, zamieszkują ruiny dawnych cywilizacji, mają po cztery metry wzrostu i po cztery ręce. W tajemniczych miastach pod ziemią albo w okolicach biegunów żyją potomkowie starożytnych ras. John Carter walczy z potworami, od których samego opisu włos się jeży na głowie. Większość czasu poświęca na ratowanie z bryndzy swojej ukochanej: marsjańskiej księżniczki Dejah Thoris. I tak dalej.
“Princess of Mars” w oryginale
Burroghs, kreując swój świat „Barsoom” (Mars po burroughso-marsjańsku) bez żenady pozrzynał z innych autorów, którzy wymyślili podobne historie przed nim.
Już w 1894 roku Gustavus W. Pope napisał książkę pod tytułem, który w zasadzie jest streszczeniem jej treści: “Journey to Mars the Wonderful World, its Beauty and Splendor, its Mighty Races and Kingdoms, its Finad Doom”. W powieści tej bohater, dzielny marynarz Frederic Hamilton zostaje uprowadzony przez Marsjan, gdzie zakochuje się w księżniczce rasy żółtej. Poza rasą żółtą na Marsie istnieją rasy czerwona i niebieska. Pod względem systemu społecznego (feudalizm) są Marsjanie kilkaset lat za Ziemianami, ale jeśli chodzi o technologię – kilkaset lat przed.
W 1905 roku Edwin Lester Arnold opublikował książkę o poruczniku armii Konfederatów Gullivarze Jonesie, który na czarodziejskim dywanie dociera na Marsa. Tam zakochuje się w lokalnej księżniczce, itd., itp.
Charakter porucznika Konfederatów Gullivara różni się jednak zasadniczo od charakteru chwackiego kapitana Konfederatów Cartera – porucznik jest bardziej ludzki: bywa bezradny, z opałów wyślizguje się przypadkiem, nie dałoby się go sportretować na piramidzie zaszlachtowanych wrogów. Być może z tego powodu nie awansował w armii Konfederatów na kapitana. I być może dlatego to Carter, a nie Jones, zawładnął masową wyobraźnią.
W 1920 roku za Marsa zabrał się również Clive Staples Lewis, autor sagi o Narni. Napisał trylogię, której pierwszą częścią była powieść wydana w Polsce pod tytułem „Z milczącej planety”.
Bohater Lewisa nie miał nic wspólnego z wywijającymi mieczami awanturnikami: był poczciwym doktorem filologii. A jego kosmiczne przygody nie tyle podszyte, co przeszyte są charakterystyczną dla tego autora filozofią chrześcijańską.
out of the
Warto dodać, że postaci Wellsa, Burroughsa, Lewisa i Arnolda pojawiły się na kartach drugiej części komiksu o Lidze Niezwykłych Dżentelmenów Alana Moore’a i Kevina O’Neala.
Gullivar Jones i John Carter w "Lidze..."
Gullivar Jones do spółki z Johnem Carterem prowadzą do boju zjednoczone siły Marsjan przeciw najeźdźcom z „Wojny światów” Wellsa (okazuje się bowiem, że Mars nie był miejscem ich pochodzenia, a jedynie planetą, którą zamierzali podbić). Siły Jonesa i Cartera nie radzą sobie jednak z najeźdźcami, dopóki nie nadchodzą marsjańscy intelektualiści – sorny z „Milczącej planety” Lewisa.
Tajemnicza i wyrafinowana rasa Marsjan, filozofów i wynalazców, smukłych i wysokich na prawie pięć metrów, wygania ośmiornicowate potwory w trójnogach strzelających „snopami gorąca”. Ci uciekają z Marsa i lecą na ziemię, gdzie już czekają na nich dżentelmeni z Ligi.
Za Marsa zabrali się także Rosjanie.
W powieści Aleksandra Bogdanowa (urodzonego w Grodnie pod zbiałorutenizowanym polskim nazwiskiem Malinouski) „Krasnaja Zwiezda” z 1908 roku komunista-rewolucjonista Leonid poznaje – cóż począć – przebywającego na Ziemi incognito Marsjanina Menniego. Menni zabiera Leonida na komunistycznego Marsa. Tam – w skrócie – zachwycony Leonid ogląda dobrodziejstwa marsjańskiego komunizmu i wraca na Ziemię wprowadzać je w praktyce.
Później było jeszcze ciekawiej. „Aelita, królowa Marsa”Aleksieja Tołstoja z roku 1923 to powieść, w której to ludzie radzieccy (w osobie wynalazcy Mścisława Łosia i weterana Aleksieja Gusiewa) instalują na klasowo zacofanym Marsie komunizm i tworzą Marsjański Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich.
Aelita
Dzieło to wychodzi im lepiej, niż podbój Polski trzy lata wcześniej i kończy się sukcesem, mimo, że Łoś zakochuje się w przedstawicielce klasy wyzyskującej – tytułowej księżniczce Aelicie. Przy okazji dowiadujemy się kim są Marsjanie – są to nasi swojscy Atlanci, którzy, po zatopieniu macierzystego kontynentu z jakiegoś powodu zdecydowali się przenieść nie na najbliższy ląd, a na Marsa.
Rok później „Aelitę” adaptowano na film.

Reżyserem był Jakow Protazanow, a sam film – niezależnie od ideologicznego zaangażowania – uznany został za jedno z arcydzieł kinematografii i miał wielki wpływ na wiele późniejszych produkcji.
Amerykański film „Flight to Mars” z 1951 roku czerpie z „Aelity” pełnymi garściami.

Amerykanie również wykorzystywali Marsa w celu przemycenia treści ideologicznych. W filmie „Red Planet Mars” z 1952 Marsjanie przekazują Ziemianom przesłanie ewangelizacyjne (wyprzedzając o pół wieku płynącą z Watykanu opinię, że również kosmici mogą być dobrymi katolikami), dzięki któremu udaje się – między innymi – zrobić koło pióra Związkowi Radzieckiemu.

Mars po amerykańsku to jednak głównie Mars radośnie popowy. Amerykańska kinematografia to radosne produkcje na temat inwazji typu „Najeźdźcy z Marsa” z 1953 roku, na którym Marsjanie wyglądają, jakby wyszli z programu w rodzaju „Tik-tak”, w którym dorośli przebierają się ku radości dzieci w dziwaczne kostiumy, na przykład – jak w tym filmie – zielonych żabek.

Nie obyło się również bez gniotów absolutnych, królujących na listach “najgorszych filmów wszechczasów” w stylu obezwładniającego obrazu pod tytułem “Święty Mikołaj wyrusza na podbój Marsa”.

Mars w tym czasie był już bardzo mocno zakorzeniony w popkulturze. Jeden z bohaterów „Looney Toones”, Marvin the Martian, znany jest prawie tak samo, jak królik Bugs czy kaczor Duffy.

Zdecydowanie najbardziej jednak efekciarską rzeczą związaną z Marsem, którą wydała z siebie popkultura, była seria kart kolekcjonerskich dodawanych do gum do żucia pod tytułem „Mars Attacks” z 1962 roku.
19_marsattacks_burningflesh
To właśnie ona zainspirowała Tima Burtona, który kilka dekad później nakręcił film pod tym samym tytułem. Burton jednak w filmie zignorował (a szkoda przecież!) takie elementy oryginalnej historii, jak gigantyczne robaki czy kontratak ziemskich sił na Marsa i obrócenie marsjańskich miast w perzynę.
Seria była hitem.
53_marsattacks_martiancityinruins
Amerykańskie nastolatki żuły pracowicie gumy i z wypiekami na twarzach zbierały karty ociekające krwią, masakrą i seksem (Marsjanie byli wyjątkowo lubieżni i seks międzygatunkowy najwyraźniej bardzo ich kręcił).
17_marsattacks_beastandbeauty
Autorzy „Mars Attacks” z wielką przyjemnością przedstawiali wyjątkowo nieprzyjemne sceny znęcania się Marsjan nad Ziemianami (zgniatanie, palenie żywcem, zmniejszanie mrożenie).
20_marsattacks_crushedtodeath
Całą kolekcję kart można znaleźć tutaj.
36_marsattacks_destroyingadog
Tę radosną twórczość przyhamowała sonda Mariner 4, która wysłała na Ziemię zdjęcia wysuszonego na pieprz Marsa, z którego ani nic nas nie zaatakuje, ani my nie bardzo mamy co tam podbijać.
Naukowcy, którzy mimo wszystko ducha nie zgasili, zajęli się szukaniem Marsjan mniejszych nawet od „marchewek i meduz”, bo w formie choćby bakterii.
A kultura (w tym ta pop) wzruszyła ramionami i wybrała się na dalsze planety.
Bolesław Leśmian, Marsjanie
Zagrzmi w niebie okrętów napowietrznych tęt,
Niepokojąc międzygwiezdnych mgieł rozwiewisko.
Zniknie złuda przestrzeni, wyzwolonej z pęt –
Dość pomyśleć, że daleko, a już jest – blisko.
Na oścież się zasrebrzy księżycowy wstęp
Do bożymy – daleczyzny, w szmer i otchłanie –
A dołem – szumy leśne, zgielk drozdów i zięb –
I na ziemię wylądują zwiewni Marsjanie.
Stopą obcą dotknięta – westchnie ziemi twardź,
I na chwilę to, co ziemskie, chętnie się zaćmi.
Po wiekach wyczekiwań i tych z niebem starć
Spokrewnimy się obłocznie z nowymi braćmi.
W ich oczach – wiary w Oddal nie gasnący płom,
A w ich piersi – bezmiar żywy, swoisty , rdzenny.
Poczną nam się przyglądać w bezczasie jak snom –
I na zawsze się ustali ten pogląd senny…
A przywiozą nam z nieba – rozmodlone ćmy,
I zwierzęta zadumane – i zgubne baśnie.
I nagle zrozumiemy, że to jeszcze – my –
Że nie mogło być inaczej – tylko tak właśnie!…
W uczonej złocistości ich wróżebnych ksiąg
Wieszcz, co bogów nie odróżnia od chmur i łątek –
W czasie przeszłym – dni przyszłych spowiada ciąg
I pośmiertną wiedzą krzepi istnienia wątek…
Jakiś bóg z ich orszaku (złoć się, mrzonko, złoć!)
Zawieruszy się w jeziornym nieba odbiciu
I malejąc w docześnie srebrniejącą płoć,
Modrą wieczność w tym podwodnym wchłonie przeżyciu.
A ich elfy, co cierpią z dala od swych gwiazd
Na bezsenność wpośród kwiatów (o, gwiezdniej cierpcie!),
W żal pobiegną przez nagle urojony chwast,
Aż w tym chwaście zaszeleszczą ich żwawe kierpcie.
Słyną z czarów Marsjanki!… Niezgadniona płeć
Od ust naszych je przegrodzi – ledwo snu zasiedzą…
Byle tylko miłować i naglić i chcieć –
A nauczą nowych pieszczot. bo o czymś wiedzą…
Któż się zdoła domyśleć, jaki strach i szał
Pała w oczach, co się w słońcu mienią na opal!
Czym jest wobec tych niebem nasyconych ciał
Nasze ziemskie dziewuszątko i jego – chłopal?…
Z nich jedna – wiem na pewno, że pokocha mnie,
Ku mnie ciałem – wzbronnym światu – występnie spłonie.
Obczyzno, przyswojona w pieszczocie i śnie!…
Tajemnico, co posiadasz – usta i dłonie!
Za jej sen – w mym uścisku, za pieszczotę nóg,
Za wniknięcie pocałunkiem w jej czary żyzne –
Oddam chętnie, natychmiast – na rozstaju dróg –
Żywot wieczny i tę całą – zagrobowiznę!
W ślad za nią będzie kroczył niewidzialny mops,
Co podziemne węsząc zmory, wyje w niebiosy
Lub szczeka głosem czujnie rozśpiewanych kobz,
By odstraszyć złe uroki – złe sny – złe losy.
Jak brzmieć będzie jej imię – nie wiem, ale wiem,
Że wprowadzi mnie w głąb cudów – przez szum i trawę

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz