"Nie chcę grać go ani w telewizji, ani w kinie" - wyznał w wywiadzie dla włoskiego pisma "Gente" Rowan Atkinson. Czy to oznacza koniec Jasia Fasoli?
Mimika Rowana Atkinsona jest wręcz niesamowita /materiały prasowe
Jąkała i żmija
Atkinson, jeden z najsłynniejszych komików świata jako dziecko... jąkał się. Z pomocą specjalistów udało mu się co prawda przezwyciężyć ten problem, ale jeszcze przez wiele lat szczególne trudności sprawiało mu wymawianie głoski "b" i nawet jako dorosły miał tendencję do jej przesadnego artykułowania.
Podobnie jak wielu innych artystów, także i on językową wadę potrafił jednak zamienić w jeden z najbardziej charakterystycznych elementów swoich monologów i skeczy. Razem z niesamowitą mimiką i gestykulacją stały się jego znakami rozpoznawczymi.
Rowan urodził się 6 stycznia 1955 roku i jest najmłodszym z trójki dzieci przedsiębiorcy rolnego. Co ciekawe, jego wykształcenie nie ma nic wspólnego z aktorstwem czy sceną - komik studiował bowiem elektrotechnikę na University of Newcastle, a następnie został magistrem nauk ścisłych na Queen's College w Oxfordzie. To jednak właśnie studia zadecydowały o jego dalszym życiu, ponieważ to w trakcie nich działał w uczelnianych grupach teatralnych i kabaretach, dzięki czemu poznał Richarda Curtisa i Howarda Goodalla, z którymi współpracował następnie przez całą swoją karierę.
Atkinson nie wyobrażał sobie siebie w roli naukowca, dlatego po zdobyciu dyplomu postanowił zostać zawodowym komikiem. Występował wówczas w całym kraju z programem zawierającym jego monologi, pantomimy oraz skecze.
W 1976 po raz pierwszy spróbował swoich sił w telewizji, występując w nagranym dla stacji ITV pilocie autorskiego serialu "Rowan Atkinson presents... Canned Laughter", który ostatecznie nie wszedł jednak do stałej produkcji.
Komik na dobre zagościł na małym ekranie dopiero trzy lata później, kiedy znalazł się wśród głównych wykonawców i zarazem autorów tekstów do emitowanego na BBC Two programu satyrycznego "Not the Nine O'Clock News".
Gdy show zostało zdjęte, Atkinson napisał wraz z Curtisem pierwszy sezon serialu "Czarna Żmija", w którym zagrał też tytułową rolę. Produkcja początkowo spotkała się z chłodnymi opiniami krytyków i umiarkowanym zainteresowaniem publiczności. BBC uznało te wyniki za niewspółmierne do wysokiego budżetu "Żmii" i chciało zrezygnować z jej kontynuowania. Komik wierzył jednak w potencjał serialu, dokonał sporych modyfikacji (m.in. zmienił osobowości postaci), dzięki którym produkcja stała się jednym z największych hitów brytyjskiej telewizji lat 80. Zobacz fragment kultowego serialu:
Atkinson wciąż jednak miał świadomość, że może osiągnąć znacznie więcej, dlatego po zakończeniu "Czarnej żmii" starał się wymyślić kolejne specyficzne wcielenie sceniczne, które zadowoliłoby zróżnicowaną - nie tylko brytyjską - publiczność.
Nigdy więcej
Rozwiązaniem okazała się postać Jasia Fasoli - zdziecinniałego, małomównego oryginała, śpiącego z pluszowym misiem, jeżdżącego miniaturowym samochodem, a przede wszystkim popadającego w przeróżne perypetie. Grając tę rolę, komik prawie w ogóle nie mówił, skupiając się na fizycznych środkach wyrazu - swoim ciele i mimice.
"Jaś Fasola" zadebiutował na antenie telewizji ITV 1 stycznia 1990 roku. Przez kolejne 5 lat nagrano 15 mniej więcej półgodzinnych filmów telewizyjnych z jego udziałem, emitowanych na antenie stacji nieregularnie, najczęściej po 2-3 w roku. W krótkim czasie ich popularność przeniosła się także poza granice Wielkiej Brytanii, przynosząc Atkinsonowi światową sławę i rozpoznawalność. Zobacz zwiastun filmu "Jaś Fasola: Nadciąga totalny kataklizm"
Komik i osoby związane z produkcją serii postanowiły "kuć żelazo, póki gorące", dlatego w 1997 roku zrealizowano film pełnometrażowy "Jaś Fasola: Nadciąga totalny kataklizm", w którym aktor wcielił się w stróża z londyńskiego muzeum, który zostaje wysłany przez swoich przełożonych do USA. Tam zostaje wzięty za rzeczoznawcę i trafia do galerii sztuki...
Dziesięć lat później Atkinson powrócił do swej najsłynniejszej roli, występując w drugim obrazie kinowym pt. "Wakacje Jasia Fasoli". Tym razem jego bohater wybrał się w podróż do Francji, gdzie trafiał w sam środek festiwalu filmowego w Cannes.
Już jednak wówczas aktor podkreślał w wywiadach, że ze względu na swój wiek coraz mniej czuje się na siłach, aby grać tak plastyczną postać, i dlatego jest to najprawdopodobniej jego pożegnanie ze słynnym bohaterem. Decyzji na razie nie zmienił, co potwierdziła wspomniana wypowiedź dla włoskiego "Gente".
Nie tylko Fasola
Warto jednak zaznaczyć, że przez ostatnie kilkanaście lat Atkinson stworzył też kilka innych pamiętnych wcieleń, za które kochają go miłośnicy komedii na całym świecie. Występował m.in. w głównej roli w "Cienkiej niebieskiej linii", serialu telewizyjnym, w którym wcielał się w postać pełnego kompleksów oficera policji, inspektora Fowlera.
ankieta
Bardziej pamiętne były jednak jego występy na dużym ekranie. Jeszcze w dobie sukcesów "Jasia Fasoli" na antenie ITV komik pojawił się jako ojciec Gerald, pastor udzielający tytułowych ślubów w jednej z najsłynniejszych komedii romantycznych wszech czasów "Czterech weselach i pogrzebie" Mike'a Newella.
Dzieciom bardziej utkwił w pamięci jednak jego... głos, który artysta użyczył przemądrzałemu dzioborożowi Zazu w oryginalnej wersji językowej "Króla Lwa".
Kino stało się głównym polem aktywności zawodowej Atkinsona począwszy od przełomu XX i XXI wieku. Do najbardziej znanych filmów z jego udziałem z tego okresu należą: "Wyścig szczurów", w którym zagrał... włoskiego narkoleptyka z Neapolu, "Scooby-Doo", gdzie wcielił się w... właściciela Wyspy Strachów i "Wszystko zostaje w rodzinie", kolejny obraz, w którym stworzył kreację... księdza.
W 2003 aktor zagrał też tytułową rolę w parodiującej przygody Jamesa Bonda produkcji zatytułowanej "Johnny English". Jej druga część wejdzie we wrześniu tego roku na kinowe ekrany.
Jakiś czas temu Atkinson po raz kolejny pojawił się także na teatralnej scenie. W musicalu "Oliver Twist" na londyńskim West Endzie zagrał rolę Fagina.
Pirat samochodowy
Nie może dziwić, że jeden z najsłynniejszych komików świata, jest dziś bardzo zamożnym człowiekiem. Już za pierwszy film o Jasiu Fasoli otrzymał gażę w wysokości 11 milionów funtów, a za sprawą ogromnej popularności i zyskowności głównie tej kreacji jego majątek wynosi dziś kilkadziesiąt milionów.
Dzięki tej fortunie aktor może realizować się w jednej ze swoich wielkich pasji, którą są samochody. W swojej posiadłości w hrabstwie Oxfordshire artysta utrzymuje kolekcję aut sportowych. Jego ulubioną marką jest Aston Martin, ale posiada również pojazdy takie pojazdy, jak: Bugatti, Lancia, McLaren czy MG.
Rowan Atkinson poruszał się dotąd samochodem o nieco innych gabarytach AFP
Kilka dni temu Atkinson wziął udział w Mille Miglia, nazywanym najpiękniejszym rajdem na świecie, malowniczym wyścigu, będącym w dużej mierze paradą historycznych samochodów sportowych, wyprodukowanych przed 1957 rokiem.
"Nie jestem tu, by wygrać , ale by zdobyć doświadczenie, może następnym razem pomyślę o zwycięstwie" - powiedział aktor w Brescii, chwilę przed wyruszeniem w trasę za kierownicą legendarnego cacka motoryzacji - BMW 328 Roadster.
Czy Rowan Atkinson porzuci aktorską karierę dla sportowej pasji, a także czy nigdy już nie wcieli się w Jasia Fasolę pokaże przyszłość. Osobiście jakoś ciężko mi w to uwierzyć.
Po tym, jak teledysk do singla "Judas" Lady Gagi wyciekł do internetu, piosenkarka postanowiła przyspieszyć oficjalną premierę niecierpliwie oczekiwanego wideoklipu.
Lady Gaga i aktor w koronie cierniowej w klipie "Judas"
Oficjalna premiera "Judas" Lady Gagi miała mieć miejsce w telewizji E! Jednak już w czwartek wieczorem (5 maja) ktoś nielegalnie umieścił wideo w internecie.
Reakcja gwiazdy była błyskawiczna. Nielegalne wersje "Judas" szybko zniknęły z sieci, a piosenkarka zdecydowała się na umieszczenie "Judas" w oficjalnym kanale w serwisie You Tubie.
Budzący kontrowersje na długo przed premierą klip do "Judas" pokazuje gang motocyklowy, w którego skład wchodzą biblijni apostołowie.
W teledysku pojawia się również osoba Marii Magdaleny i Jezusa Chrystusa.
Lady Gaga zaznacza jednak, że religijna symbolika jest tylko przejawem sztuki, a nie kolejną prowokacją gwiazdy.
"Ten teledysk w żadnym wypadku nie jest deklaracją przekonań religijnych. Widzę to jako wyraz moich przekonań społecznych i kulturowych" - oznajmiła artystka w rozmowie z E! News. Zobacz klip Lady Gagi do "Judas":
Na pl. św. Piotra rozpoczęło się przygotowanie do mszy beatyfikacyjnej Jana Pawła II. Pielgrzymi niemal z całego świata odmawiają Koronkę do Miłosierdzia Bożego w kilku językach.
Pielgrzymi zebrani na placu św. Piotra /AFP
Odczytane zostaną fragmenty "Dzienniczka" św. siostry Faustyny Kowalskiej, kanonizowanej przez Jana Pawła II. Pielgrzymi wysłuchają także cytatów z niektórych przemówień polskiego papieża, m.in. z kanonizacji ojca Pio i beatyfikacji Matki Teresy z Kalkuty.
Plac św. Piotra wypełniony jest pielgrzymami, ci którym nie udało się tam wejść, mogą śledzić przebieg uroczystości dzięki telebimom rozstawionym na ulicach prowadzących do Watykanu i w centralnych punktach Rzymu. Wśród tłumów widoczne są tysiące polskich flag i transparentów z nazwami miast.
Plac św. Piotra został zamknięty dla pielgrzymów. Wierni nie mogą już wejść do sektorów. Nikt nie potrafi określić, ile osób się w nich zgromadziło.
Jedną z ostatnich większych grup, która dostała się na plac była pielgrzymka "Solidarności" z Wrocławia. W niektórych sektorach jest tak tłoczno, że ludzie mdleją.
W oczekiwaniu na rozpoczęcie mszy beatyfikacyjnej Jana Pawła II wierni będą uczestniczyć we wspólnej modlitwie - odmówią Koronkę do Bożego Miłosierdzia.
Nad tłumem powiewają flagi i transparenty; w centralnej części placu jest olbrzymi baner z napisem "Deo gratias" ("Bogu dzięki") unoszony w powietrzu przez czerwone balony z literami JP II. Miejsca przy ołtarzu zajmują księża koncelebransi i biskupi, powoli zapełniają się także sektory dla gości.
- Jan Paweł II był dla nas bardzo szczególną osobą. On pokazał młodym, jaki jest wyjątkowy i że oni są wyjątkowi dla niego - powiedział Dominick Nakpil, który przyjechał na beatyfikację z przyjaciółmi z Opus Dei z Manili na Filipinach.
Na beatyfikację z kilku krajów, m.in. z Czech, Boliwii, Słowacji, Brazylii, Bośni i Ugandy przyjechały siostry ze Zgromadzenia Córek Bożej Miłości. - Pan Bóg urządził nam niespodziankę. Byłyśmy w Rzymie na zjeździe dla formatorek zgromadzenia i mogłyśmy zostać na beatyfikację Jana Pawła II. Ojciec Święty był dla nas niesamowicie ważny. Jego sposób apostołowania i przybliżania światu Ewangelii dla nas ma ogromne znaczenie. Dla niego ważne było poświęcenie osoby Bogu, a nie tylko pracy i to, żeby innym poświęcić całego siebie - mówiła s. Lucyna.
Na placu są tysiące Polaków. - To okazja, która się nie powtórzy. Bardzo kochaliśmy papieża i warto tu dzisiaj być z rodakami i całym światem - mówiła Ola Ramusiewicz z Wysokiej k. Piły.
Kolejne godziny do rozpoczęcia uroczystości wierni odliczają wsłuchując się w bicie zegarów na bazylice św. Piotra. Nad tłumem co jakiś czas krąży policyjny śmigłowiec.
Ścisk i omdlenia przy Zamku Świętego Anioła
Ogromny ścisk panuje w okolicach Zamku Świętego Anioła w Rzymie, spod którego wielki tłum pielgrzymów próbuje przedostać się w kierunku Placu świętego Piotra. Blokada dróg ewakuacyjnych utrudnia niesienie pomocy ludziom, którzy zemdleli.
Pielgrzymi przy Via della Conciliazione /AFP
Właśnie w rejonie Zamku, tuż przy prowadzącej do Watykanu via della Conciliazione sytuacja jest najtrudniejsza. Ludzie popychają się nawzajem, a rosnący tłum naciera w stronę Placu. Ekipy medyczne mają z trudności z dotarciem z noszami do osób, które zemdlały. Pielgrzymi zablokowali wszystkie przejścia.
Dem będzie druhną na ślubie swojej serialowej koleżanki Tiffany Thorton... O tę przyjacielską i bardzo wyjątkową przysługę poprosiła Demi Lovato jej koleżanka z planu serialu "Słoneczna Sonny".
25-letnia aktorka Tiffany Thorton wkrótce stanie na ślubnym kobiercu i jak niedawno oznajmiła w wywiadzie dla magazynu "People":
- Poprosiłam Demi, aby została moją druhną. Jest dla mnie jak moja młodsza siostra i jest jedną z najbliższych mi przyjaciółek.
To dobra wiadomość. Udział w takiej uroczystości, jako tak ważny gość na pewno wpłynie pozytywnie na samopoczucie Demi...
Dzisiaj, w samo południe w Opactwie Westminster w Londynie odbyła się ceremonia ślubna, podczas której książę William, syn księcia Karola i nieżyjącej już księżnej Diany, poślubił Kate Middleton, dziewczynę bez korzeni arystokratycznych.
Zdjęcie
William wsuwa na palec Kate obrączkę ślubną
/AFP
"Ślub stulecia" jak obwołały go wszystkie media, jest znaczącym dowodem na to, jak zmienił się układ społeczny w Wielkiej Brytanii w ciągu ostatnich paru dekad. "Na śluby królewskie patrzymy zazwyczaj jak na chłodną ceremonię łączącą dwie dynastyczne rodziny. A tutaj przyszły król żeni się z miłości. I to z takim Kopciuszkiem. To przybliża królewską oprawę ślubu do ludzi" - twierdzi dr hab. Katarzyna Popiołek z Katowickiego Wydziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.
Na uroczystości ślubne przybyło prawie 2 tysiące zaproszonych gości, wśród nich wielu premierów, gubernatorów, korpus dyplomatyczny, członkowie rodzin królewskich i inni wysocy rangą goście, ale nie zabrakło również postaci ze świata showbiznesu - m.in. Eltona Johna, Victorii i Davida Beckhamów oraz Rowana Atkinsona. BBC transmitowała przebieg tego wydarzenia do 180 państw.
Ceremonię ślubną poprowadził arcybiskup Canterbury Rowan Williams. Kate nie ślubowała księciu Williamowi posłuszeństwa (od tego elementu ślubowania odstąpiła też w 1981 r. lady Diana), przyrzekła natomiast mężowi "miłość, pocieszenie, szacunek i wsparcie, w chorobie i zdrowiu". William nałożył Kate obrączkę z walijskiego złota; on zdecydował, że nie będzie nosił tego symbolu małżeństwa.
Reklama
- Suknię ślubną Kate Middleton z koronek i atłasu w kolorze kości słoniowej, z dekoltem i długim trenem, zaprojektowała Sarah Burton z brytyjskiego domu mody Alexandra McQueena - informują przedstawiciele dworu królewskiego. Aż do dnia ślubu tożsamość projektantki była pilnie strzeżoną tajemnicą.
Fanka Lady Gagi długo nie zapomni koncertu gwiazdy w Nashville, choć wcale go nie widziała. 33-letnia Crystal Thornton, czekając na występ, dostała ataku drgawek, a następnie ustała u niej akcja serca.
Lady Gaga, fot.Rick Diamond /Getty Images
Jak podaje telewizja CNN, kobieta, która omal nie umarła stojąc wśród publiczności w oczekiwaniu na pojawienie się Gagi na scenie, przyszła na koncert w towarzystwie przyjaciółki, Christiny Tugman.
"Nagle przestała oddychać, nie było z nią kontaktu i jej ciało zaczęło się trząść" - zrelacjonowała Tugman. "Pytałam, czy wszystko z nią w porządku, ale nie reagowała" - dodała.
Tugman natychmiast pobiegła po pomoc i już po minucie przy Thornton znaleźli się sanitariusze. "Była nieprzytomna, jej serce przestało bić" - potwierdzili obecni na koncercie pracownicy służb medycznych.
Dzięki użyciu przenośnego defibrylatora sanitariuszom udało się przywrócić kobiecie bicie serca, trwało to jednak ponad pięć minut. Następnie Thornton została przewieziona do najbliższego szpitala.
Jak orzekli lekarze, jej nagła utrata przytomności była spowodowana rzadką chorobą genetyczną.
Choć Thornton jest wdzięczna, że żyje, ma w sobie jednak odrobinę żalu. "Jestem strasznie zła, że przegapiłam koncert" - wyznała fanka.
Pod koniec XIX wieku jeszcze wierzono trochę (z rozpędu), że w tajemniczych miejscach na Ziemi, oznaczanych na mapach białymi plamami, znajdują się niesamowitości: tajemnicze stworzenia, ludy-niewidy.
Ale tak naprawdę wszyscy zdawali sobie już sprawę, że człowiekowi kończy się Ziemia do odkrywania. Trudno było się już spodziewać, że te rachityczne białe plamki kryją egzotyczne i tajemnicze imperia na miarę władztwa Księdza Jana, albo, że mieszkają tam dziwostwory na miarę kynokefałów.
Niektórzy kombinowali jeszcze z tajemniczymi cywilizacjami we wnętrzu Ziemi czy na dnach oceanów, ale najczęściej Ziemianie zaczęli – jak to ujęli Simon i Garfunkel w „Mrs. Robinson” – „obracać samotne oczy” w kosmos.
I w 1877 roku przeszył ich dreszcz podniecenia, bo włoski astronom Schiaparelli ogłosił, że zaobserwował na Marsie dziwne konstrukcje przypominające kanały. A tam, gdzie kanały – ucieszyli się Ziemianie – tam tajemnicza, egzotyczna cywilizacja!
Mapa kanałów marsjańskich na podstawie obserwacji włoskiego astronoma
I dopóki w 1965 roku w okolice naszej sąsiedniej planety nie wybrała się sonda kosmiczna Mariner 4, i dopóki Ziemianie z rozczarowaniem nie obejrzeli zdjęć, z których ziała beznadziejnie nudna pustynia, i dopóki nadzieje na kolegów z Marsa z którymi można sensownie pogadać nie poszły w diabły – Mars był intensywnie kolonizowany przez ziemską wyobraźnię.
Jedna z fotografii przesłanych z Marinera
I wyglądał o wiele ciekawiej, niż znana nam obecnie czerwonawa bryła minerałów z nasowskich fotek.
O planecie zwanej „czerwoną”, którą to zbitkę tak przeeksploatowano w mediach, że używają już jej chyba tylko ci, których nie razi „białe szaleństwo”, „czarny ląd” czy „państwo środka”, pisano mnóstwo. Kręcono o niej filmy. Pisano wiersze. Malowano ją i rysowano.
Artystom sekundowali mężnie naukowcy, szczególnie ci marzycielscy i/bądź ci lubiący się pokazywać w kolorowych czasopismach.
Percival Lowell na przykład, naukowy (choć astronom-amator) celebryta fin-de-siecle’u, twierdził z całą stanowczością, że ciemne obszary na Marsie to ni mniej, ni więcej uprawne pola, a kanały służą do dostarczania do nich wody z biegunowych czap lodowych.
Kanały w wizji Percivala Lowella
Z kolei r. W. W. Coblentz mówił w 1933 redaktorom „Popular Mechanics”, że „uważa, że ciemniejsze obszary Marsa mogą być czymś w rodzaju prerii”, a odkrywca satelity Saturna Febe, prof. William H. Pickering („obecnie rezydent Jamajki” – jak z zazdrością odnotowywali redaktorzy „Mechanics”) wątpił, by „kanały” były rzeczywistymi kanałami, zgadzał się jednak, że z całą pewnością są „strefami wegetacji”.
Profesor opowiadał, że ze swego obserwatorium na Jamajce (ech…) „obserwował chmury marsjańskie” niesione przez „marsjański wiatr”, i zaobserwował, że wiatry te wykazują pewną powtarzalność. Jeśli powtarzalność tę zaobserwował z Jamajki ziemski profesor, musieli – zakłada prof. Pickering – zauważyć ją i Marsjanie, i w związku z tym najprawdopodobniej sadzą oni swoje uprawy właśnie na linii tych chmur. Ot, cała tajemnica kanałów.
W czasach tego marsjańskiego entuzjazmu twierdzenia pewnego grecko-francuskiego astronoma o nazwisku E. M. Antoniadi, że kanały, czy „strefy wegetacji” są niczym więcej, jak tylko złudzeniem optycznym, były przez publikę ze wzgardą odrzucane.
Dr Frank Schlesinger z Yale uważał, że na Marsie mogą istnieć zwierzęta, nawet inteligentne, ale to nie znaczy – chłodził entuzjastyczne głowy – że muszą być podobne do ludzi. „Jest szansa jedna na milion, by uformowały się tak, jak my” – twierdził ów sceptyk.
Dr Schlesinger wyobrażał sobie – na przykład – marsjańskie zwierzęta bez głów. Albo bez kości. – Wydaje mi się, że jednym z najbardziej potwornych widoków dla Ziemianina, byłby widok zwierząt z Marsa – o ile tam takie są – straszył.
Profesor Pickering (ten z Jamajki) planował wybudowanie systemu pięćdziesięciu gigantycznych luster, za pomocą których można by Marsjanom puszczać zajączki. Ci, zachęceni migotaniem, mieliby z kolei odmigotać nam, Ziemianom.
No dobrze – puścić zajączka: łatwo. Ale co takim zajączkiem przekazać? Jakim systemem? Znają-to Marsjanie Morse’a? Mówią po angielsku? Francusku? Po łacinie chociaż?
W artykule zamieszczonym w „Popular Science” z maja 1919 roku uznano, że z Marsjanami warto rozmawiać za pomocą figur geometrii euklidesowej. „Wyedukowani Marsjanie powinni je rozpoznać” – zakładają autorzy.
A jak wyglądają ci Marsjanie, wyedukowani czy nie? Autorzy artykułu próbują dedukować, biorąc jako postawę swej dedukcji warunki panujące na planecie. Są one – zauważają – odmienne co prawda od tych na Ziemi, jednak nie aż tak w końcu bardzo. Mars – Marsem, ale Marsjanie światło słoneczne mają – powinni więc widzieć. Powinni również odczuwać ciepło i zimno, bo i ciepło, i zimno na Marsie bywa. Marsjańska atmosfera może przenosić dźwięki – powinni więc słyszeć. Bo jeśli prawie wszystkie zwierzęta na Ziemi rozwinęły te zmysły – czemu zwierzęta marsjańskie nie miałyby tego robić?
Autorzy artykułu obawiają się, że Marsjanie są bardziej rozwinięci od nas, dlatego być może traktowaliby nas – zajączkujących zawzięcie – jak dzieci. Zastanawiają się, co też Marsjanie mogliby nam powiedzieć: czy chwaliliby się wielkimi osiągnięciami naukowymi? Może chcieliby otworzyć „Międzygwiezdną Szkołę Korespndencyjną dla Ziemian i innych niedorozwiniętych istot”? Czy raczej żaliliby się, że ich świat umiera z powodu braku wody?
Tak mógł - według NASA - wyglądać Mars 3,5 miliarda lat temu, gdy jeszcze była na nim woda/AFP
Dr Hawlow Shapley wątpił w inteligencję marsjańskich stworzeń. Radził raczej tym, którzy pragną kontaktu z Marsjanami, by nauczyli się najpierw kontaktować z marchewką i meduzą.
Dr E. E. Free wywodził również, że na Marsie mogą istnieć zwierzęta, ale jednocześnie ostrzegał uczciwie, że „wątpi, by ewoluowały wyżej, niż skorupiaki”, i stawiał tezę, że marsjańskie stworzenia wodne pozbawione są kręgosłupów.
Dlaczego? Dlaczego, dlaczego. A dlatego – twierdził dr Free – że na Marsie nie ma dużych różnic wysokości, a co za tym idzie – nie ma rwących potoków, a tam, gdzie nie ma rwących potoków – chroniące konstrukcję ciała kręgosłupy nie są potrzebne.
„Marsjanie zatem” – konkludują redaktorzy „Popular Mechanics” – „przypominają homary”.
Ale artyści uznali homary za zbyt mało fascynujące. Menażeria istot i kalejdoskop cywilizacji zamieszkujących Marsa w wizjach Ziemian był niebywały i porażający.
Wątpiący w Marsjan nie mieli w tamtych czasach łatwego życia. Już w wydanej w 1880 roku powieści Percy’ego Grega „Across the Zodiac” niedowiarkom uciera się nosa: oto Ziemianin, który na urządzeniu antygrawitacyjnym dociera na sąsiednią planetę , pytany skąd pochodzi odpowiada, że z Ziemi.
Marsjanie biorą go za pospolitego ściemniacza, bo na Ziemi, jak każdy Marsjanin dobrze wie, życia nie ma. Nasz Ziemianin – twierdzą Marsjanie (którzy wyglądali mniej więcej tak, jak Ziemianie, tyle, że mierzyli mniej, niż po metr pięćdziesiąt) – musi zatem podchodzić z jakiegoś marsjańskiego zadupia, tylko wstydzi się przyznać.
Warto dodać również, że Percy Greg, dostarczając czytelnikom informacji na temat języka, którym posługują się niscy Marsjanie (włącznie z tabelami gramatycnzymi) stworzył pierwszy kosmiczny język, będąc w związku z tym prekursorem wszystkich klingońskich czy tych używanych w świecie „Gwiezdnych Wojen”. Książkę “Across the Zodiac”, dostępną w “Google books”, można przeczytać tutaj.
W 1896 John McCoy z 1896 napisał książkę pt. „Prophetic Romance”. Jest to odwrócenie schematu, który jeszcze w gruncie rzeczy nie zdążył się na dobre stworzyć: to Marsjanie odwiedzają Ziemię, a nie odwrotnie. Składają się na książkę listy pisane przez marsjańskiego Lorda Komisarza, który został wysłany na naszą planetę przez Kanclerza Komandora Marsa (z punktu widzenie McCoya – w przyszłości, czyli mniej więcej w naszych czasach), by zrelacjonować, jak też żyje się Ziemianom na tej Ziemi.
Wizja zatem Bleilera jest w zasadzie opisem ziemskiej utopii, w której spełnia się większość postulatów XIX-wiecznych postępowców, takich, jak równouprawnienie płci, równość społeczna itd. Wizja jest bardzo chciejska: autor widzi niektóre religijne tezy udowodnionymi naukowo (np. specjalne aparaty fotograficzne robią zdjęcia ludzkich dusz opuszczających ciało w chwili śmierci) i wprowadza harmonijną symbiozę nauki i religii.
Jest to więc ciekawa wizja, którą obecnie zakatologować możemy do kategorii “Future in the Past”
Everett F. Bleiler w książce „Science-Fiction, the Early Years” opisuje ją tak:
„Narrator podróżuje statkiem kosmicznym, doświadczające halucynacji wynikających z chemicznych właściwości atmosfery między planetami”. Najpierw ląduje na Księżycu, który „choć obecnie jest martwy, był dawniej domem” starożytnej cywilizacji zniszczonej przez uderzenie komety. Atmosfera na Księżycu się dopiero „odtwarza”, dlatego nadal – póki co – nie nadaje się do zamieszkania.
Lord Komisarz ląduje w USA, którego stolicą jest „Midland”. Wita go prezydent-kobieta, która wygłasza mowę na temat przyjaźni ziemsko-marsjańskiej.
Po miastach poruszają się elektryczne automobile, piesi spacerują po podniebnych chodnikach rozpiętych między wieżowcami, emocje mierzone są urządzeniami, które Bleiler nazwał „lovemeters”.
Wegetarianizm jest rzeczą powszechną. Nikt nie pije. Prawie nikt się nie rozwodzi (bo nie wolno, poza drastycznymi przypadkami). Z Biblii usunięto co bardziej krwawe momenty – nazywa się to „reformą religii”. Pracownicy wielkich korporacji zarabiają przewidziane prawem stawki. Prawa wyborcze mają „głowy domu” pomiędzy czterdziestym a sześćdziesiątym rokiem życia, a ci, którzy chcą być politykami muszą kończyć specjalne szkoły. Wszystkie ustawy poddaje się pod działanie demokracji bezpośredniej (referendum). Zmiany te zaszły po rewolucji, w której wściekli obywatele wysadzili w powietrze obie izby Kongresu.
Sprawiedliwe USA nie miały nic przeciwko wchłonięciu Kanady i Ameryki Środkowej, a nasz Marsjański Lord Komisarz nie ma nic przeciwko interplanetarnemu związkowi z niejaką Loletą, przyjaciółką pani prezydent, dla której zresztą staje się Ziemianinem z wyboru.
A jak wygląda Mars? Tak, jak Ziemia, tylko „bardziej”: nauka jest bardziej zaawansowana, Marsjanie tworzą jeden naród i latają swobodnie po całym Układzie Słonecznym.
Marsjanie złożyli też nam wizytę w książce H. G. Wellsa. Nie bawili się jednak w wysyłanie do nas Lorda Komisarza, tylko od razu pchnęli na Ziemię kosmiczną flotę wojenną. I są tak niehumanitarni, jak niehumanoidalni. To jedno z pierwszych wyobrażeń Marsjan, w którym są oni tak odmienni od ludzi.
Apokaliptyczna „Wojna światów” z 1898 roku to klasyka literatury sci-fi, ale i literatury z bardziej ambitnym zacięciem, pokazującej ludzkie zachowania w sytuacji, w której za chwilę zabraknie ludzkości. Jako, że pisana była jeszcze zanim Nowy Jork stał się naczelnym celem nie tylko złych kosmitów, ale i potworów, meteorytów, fal gigatsunami, ultramrozu, King Konga, wielkiego ludzika Michelin i innych kataklizmów dotykających oblicze tej Ziemi – Marsjanie atakują Londyn. I ogólnie, Zjednoczone Królestwo.
Gigantyczne, trzydziestometrowe trójnogie machiny bojowe, operowane przez ośmiornicoidalnych sąsiadów z planety obok, za pomocą „snopów gorąca” i „czarnego dymu” łamią opór wojsk najpotężniejszego państwa planety. Ziemia, jaką znamy ginie, dopóki jej dotychczasowym władcom, ludziom, nie przychodzą w sukurs najpodlejsi – wydawałoby się –Ziemianie: bakterie. To one rozkładają Marsjan, i to z dziecinną łatwością. I sprawiają, że ludzie znów obejmują Ziemię w posiadanie.
Warto zresztą dodać, że już w epoce, w której jeszcze to Wielka Brytania pełniła rolę planetarnego hegemona, Amerykanie wykazywali tendencję do przyjmowania na własną pierś apokaliptycznych nieszczęść: 1989 roku „Boston Post” zaczął drukować wersję „Wojny światów”, w której akcję ze starej, dobrej Anglii przeniesiono do Nowej Anglii. Wściekły Wells protestował.
Ameryka nie uniknęła jednak inwazji Marsjan. Kilkadziesiąt lat później Orson Welles wykorzystał powieść Wellsa i narobił paniki w nowym imperium światowym – Stanach Zjednoczonych. Ale to już inna historia.
Tymczasem na Marsjan czekała zemsta Ziemian. Karzącym ramieniem naszej planety miał być nikt inny, jak Thomas Alva Edison, tak, TEN Edison. Jeden z najbardziej znanych wynalazców w historii na przełomie wieków był bowiem celebrytą. W tamtym czasie zresztą ludzie szeroko pojętej nauki – jak wspomniany już Percival Lowell, czy Albert Einstein – bywali celebrytami, za którymi media uganiały się tak, jak obecnie uganiają się za Lady Gagą.
Thomas Alva Edison poleciał gnębić Marsa w powieści pt. „Edison’s Conquest of Mars” (która zresztą była sequelem wspomnianej amerykańskiej wersji „Wojny światów” zamówionej przez „Boston Post”).
Autorem „Edison’s Conquest of Mars” był Garret P. Serviss, amerykański astronom i pisarz science-fiction. Wysłał on Edisona na Marsa wyposażonego we własnego pomysłu niesamowite zabawki, z których najdonioślejszą były promienie dezintegrujące (ziemska odpowiedź na marsjańskie „snopy gorąca”). Za pomocą tychże promieni, a także ziemskiej floty kosmicznej, Ziemianie pod wodzą Edisona, po serii bitew godnych homerowego opisu, niszczą złowrogą cywilizację w drobiazgi.
Książka byłaby o wiele mniej ciekawa jednak, gdyby Ziemianie – przy okazji podbijania Marsa – nie dowiedzieli się paru interesujących rzeczy. A dowiadują się m. in. , że Marsjanie już od jakiegoś czasu porywają ludzi z Ziemi. I że to oni wybudowali piramidy.
I dlatego Serviss powinien być hołubiony przez wszystkich miłośników Danikena i czasopism typu „Weekly World News” czy polskie nieodżałowane „Skandale”.
Najbardziej jednak popularne były powiastki i powieści, które można by określić jako „pulp science fiction” – z gatunku, który nazwano „Sword and Planet”.
Tajemnicze imperia, ruiny zaginionych cywilizacji, grubymi kreskami kreśleni rycerscy bohaterowie i złowrogie sukinsyny, magia, tajemnice, piękne księżniczki, potwory i niesamowite, starożytne rasy, przeklęte klejnoty – można wyliczać długo, a i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi. Fantasy, bezpośrednie przedłużenie bohaterskich legend, rycerskich eposów, i ogólnie wszystkiego, co od wieków fascynowało męską głównie część ludzkości – zaczynało w tamtych czasach kwitnąć. Po świecie Ery Hyboriańskiej wędrował Conan barbarzyńca, a po Marsie – John Carter.
Seria Edgar Rice Burroughsa (twórcy Tarzana) o Johnie Carterze, którą zapoczątkowała wydana w 1917 roku „Księżniczka Marsa”, była czymś pomiędzy science-fiction a fantasy, z dużym jednak naciskiem na to ostatnie. Z science-fiction pozostało wyłącznie tło (obca planeta, niektóre technologie nieznane Ziemianom), cała natomiast rzeczywistość, w której funkcjonowali bohaterowie Burroughsa wydaje się charakterystyczna dla gatunku fantasy właśnie.
Pokrótce:
Kapitan John Carter, który w amerykańskiej wojnie secesyjnej walczył po stronie Południa, zostaje w tajemniczy i mistyczny sposób przeniesiony na Marsa, gdzie – z tej racji, że pochodzi z planety o znacznie większym ciążeniu – posiada niesamowitą siłę, i skacze, jakby fruwał (coś wam to przypomina? Tak: w identyczny sposób tłumaczone są supermoce Clarka Kenta).
Mars w wizji Burroughsa jest fantastycznym rozwinięciem wizji Percivala Lowella. Planeta niegdyś kwitnąca, obecnie wysycha i umiera. Kanały przypominają egipski Nil – tylko przy nich może funkcjonować cywilizacja, dlatego marsjańskie państwa-miasta są w stanie wiecznej przepychanki o strategiczny do nich dostęp. Dnie marsjańskie są upalne, noce – zimne. Rok trwa prawie dwa ziemskie lata.
Marsjanie to istoty podobne do ludzi, choć – cóż – znoszą jaja. Różnią się od siebie kolorem skóry: istnieją Marsjanie biali, czarni, czerwoni i – żeby było ciekawiej – zieloni. Ci zieloni są prymitywni, zamieszkują ruiny dawnych cywilizacji, mają po cztery metry wzrostu i po cztery ręce. W tajemniczych miastach pod ziemią albo w okolicach biegunów żyją potomkowie starożytnych ras. John Carter walczy z potworami, od których samego opisu włos się jeży na głowie. Większość czasu poświęca na ratowanie z bryndzy swojej ukochanej: marsjańskiej księżniczki Dejah Thoris. I tak dalej. “Princess of Mars” w oryginale
Burroghs, kreując swój świat „Barsoom” (Mars po burroughso-marsjańsku) bez żenady pozrzynał z innych autorów, którzy wymyślili podobne historie przed nim.
Już w 1894 roku Gustavus W. Pope napisał książkę pod tytułem, który w zasadzie jest streszczeniem jej treści: “Journey to Mars the Wonderful World, its Beauty and Splendor, its Mighty Races and Kingdoms, its Finad Doom”. W powieści tej bohater, dzielny marynarz Frederic Hamilton zostaje uprowadzony przez Marsjan, gdzie zakochuje się w księżniczce rasy żółtej. Poza rasą żółtą na Marsie istnieją rasy czerwona i niebieska. Pod względem systemu społecznego (feudalizm) są Marsjanie kilkaset lat za Ziemianami, ale jeśli chodzi o technologię – kilkaset lat przed.
W 1905 roku Edwin Lester Arnold opublikował książkę o poruczniku armii Konfederatów Gullivarze Jonesie, który na czarodziejskim dywanie dociera na Marsa. Tam zakochuje się w lokalnej księżniczce, itd., itp.
Charakter porucznika Konfederatów Gullivara różni się jednak zasadniczo od charakteru chwackiego kapitana Konfederatów Cartera – porucznik jest bardziej ludzki: bywa bezradny, z opałów wyślizguje się przypadkiem, nie dałoby się go sportretować na piramidzie zaszlachtowanych wrogów. Być może z tego powodu nie awansował w armii Konfederatów na kapitana. I być może dlatego to Carter, a nie Jones, zawładnął masową wyobraźnią.
W 1920 roku za Marsa zabrał się również Clive Staples Lewis, autor sagi o Narni. Napisał trylogię, której pierwszą częścią była powieść wydana w Polsce pod tytułem „Z milczącej planety”.
Bohater Lewisa nie miał nic wspólnego z wywijającymi mieczami awanturnikami: był poczciwym doktorem filologii. A jego kosmiczne przygody nie tyle podszyte, co przeszyte są charakterystyczną dla tego autora filozofią chrześcijańską.
Warto dodać, że postaci Wellsa, Burroughsa, Lewisa i Arnolda pojawiły się na kartach drugiej części komiksu o Lidze Niezwykłych Dżentelmenów Alana Moore’a i Kevina O’Neala.
Gullivar Jones do spółki z Johnem Carterem prowadzą do boju zjednoczone siły Marsjan przeciw najeźdźcom z „Wojny światów” Wellsa (okazuje się bowiem, że Mars nie był miejscem ich pochodzenia, a jedynie planetą, którą zamierzali podbić). Siły Jonesa i Cartera nie radzą sobie jednak z najeźdźcami, dopóki nie nadchodzą marsjańscy intelektualiści – sorny z „Milczącej planety” Lewisa.
Tajemnicza i wyrafinowana rasa Marsjan, filozofów i wynalazców, smukłych i wysokich na prawie pięć metrów, wygania ośmiornicowate potwory w trójnogach strzelających „snopami gorąca”. Ci uciekają z Marsa i lecą na ziemię, gdzie już czekają na nich dżentelmeni z Ligi.
Za Marsa zabrali się także Rosjanie.
W powieści Aleksandra Bogdanowa (urodzonego w Grodnie pod zbiałorutenizowanym polskim nazwiskiem Malinouski) „Krasnaja Zwiezda” z 1908 roku komunista-rewolucjonista Leonid poznaje – cóż począć – przebywającego na Ziemi incognito Marsjanina Menniego. Menni zabiera Leonida na komunistycznego Marsa. Tam – w skrócie – zachwycony Leonid ogląda dobrodziejstwa marsjańskiego komunizmu i wraca na Ziemię wprowadzać je w praktyce.
Później było jeszcze ciekawiej. „Aelita, królowa Marsa”Aleksieja Tołstoja z roku 1923 to powieść, w której to ludzie radzieccy (w osobie wynalazcy Mścisława Łosia i weterana Aleksieja Gusiewa) instalują na klasowo zacofanym Marsie komunizm i tworzą Marsjański Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich.
Dzieło to wychodzi im lepiej, niż podbój Polski trzy lata wcześniej i kończy się sukcesem, mimo, że Łoś zakochuje się w przedstawicielce klasy wyzyskującej – tytułowej księżniczce Aelicie. Przy okazji dowiadujemy się kim są Marsjanie – są to nasi swojscy Atlanci, którzy, po zatopieniu macierzystego kontynentu z jakiegoś powodu zdecydowali się przenieść nie na najbliższy ląd, a na Marsa.
Rok później „Aelitę” adaptowano na film.
Reżyserem był Jakow Protazanow, a sam film – niezależnie od ideologicznego zaangażowania – uznany został za jedno z arcydzieł kinematografii i miał wielki wpływ na wiele późniejszych produkcji.
Amerykański film „Flight to Mars” z 1951 roku czerpie z „Aelity” pełnymi garściami.
Amerykanie również wykorzystywali Marsa w celu przemycenia treści ideologicznych. W filmie „Red Planet Mars” z 1952 Marsjanie przekazują Ziemianom przesłanie ewangelizacyjne (wyprzedzając o pół wieku płynącą z Watykanu opinię, że również kosmici mogą być dobrymi katolikami), dzięki któremu udaje się – między innymi – zrobić koło pióra Związkowi Radzieckiemu.
Mars po amerykańsku to jednak głównie Mars radośnie popowy. Amerykańska kinematografia to radosne produkcje na temat inwazji typu „Najeźdźcy z Marsa” z 1953 roku, na którym Marsjanie wyglądają, jakby wyszli z programu w rodzaju „Tik-tak”, w którym dorośli przebierają się ku radości dzieci w dziwaczne kostiumy, na przykład – jak w tym filmie – zielonych żabek.
Nie obyło się również bez gniotów absolutnych, królujących na listach “najgorszych filmów wszechczasów” w stylu obezwładniającego obrazu pod tytułem “Święty Mikołaj wyrusza na podbój Marsa”.
Mars w tym czasie był już bardzo mocno zakorzeniony w popkulturze. Jeden z bohaterów „Looney Toones”, Marvin the Martian, znany jest prawie tak samo, jak królik Bugs czy kaczor Duffy.
Zdecydowanie najbardziej jednak efekciarską rzeczą związaną z Marsem, którą wydała z siebie popkultura, była seria kart kolekcjonerskich dodawanych do gum do żucia pod tytułem „Mars Attacks” z 1962 roku.
To właśnie ona zainspirowała Tima Burtona, który kilka dekad później nakręcił film pod tym samym tytułem. Burton jednak w filmie zignorował (a szkoda przecież!) takie elementy oryginalnej historii, jak gigantyczne robaki czy kontratak ziemskich sił na Marsa i obrócenie marsjańskich miast w perzynę.
Seria była hitem.
Amerykańskie nastolatki żuły pracowicie gumy i z wypiekami na twarzach zbierały karty ociekające krwią, masakrą i seksem (Marsjanie byli wyjątkowo lubieżni i seks międzygatunkowy najwyraźniej bardzo ich kręcił).
Autorzy „Mars Attacks” z wielką przyjemnością przedstawiali wyjątkowo nieprzyjemne sceny znęcania się Marsjan nad Ziemianami (zgniatanie, palenie żywcem, zmniejszanie mrożenie). Całą kolekcję kart można znaleźć tutaj.
Tę radosną twórczość przyhamowała sonda Mariner 4, która wysłała na Ziemię zdjęcia wysuszonego na pieprz Marsa, z którego ani nic nas nie zaatakuje, ani my nie bardzo mamy co tam podbijać.
Naukowcy, którzy mimo wszystko ducha nie zgasili, zajęli się szukaniem Marsjan mniejszych nawet od „marchewek i meduz”, bo w formie choćby bakterii.
A kultura (w tym ta pop) wzruszyła ramionami i wybrała się na dalsze planety. Bolesław Leśmian, Marsjanie
Zagrzmi w niebie okrętów napowietrznych tęt,
Niepokojąc międzygwiezdnych mgieł rozwiewisko.
Zniknie złuda przestrzeni, wyzwolonej z pęt –
Dość pomyśleć, że daleko, a już jest – blisko.
Na oścież się zasrebrzy księżycowy wstęp
Do bożymy – daleczyzny, w szmer i otchłanie –
A dołem – szumy leśne, zgielk drozdów i zięb –
I na ziemię wylądują zwiewni Marsjanie.
Stopą obcą dotknięta – westchnie ziemi twardź,
I na chwilę to, co ziemskie, chętnie się zaćmi.
Po wiekach wyczekiwań i tych z niebem starć
Spokrewnimy się obłocznie z nowymi braćmi.
W ich oczach – wiary w Oddal nie gasnący płom,
A w ich piersi – bezmiar żywy, swoisty , rdzenny.
Poczną nam się przyglądać w bezczasie jak snom –
I na zawsze się ustali ten pogląd senny…
A przywiozą nam z nieba – rozmodlone ćmy,
I zwierzęta zadumane – i zgubne baśnie.
I nagle zrozumiemy, że to jeszcze – my –
Że nie mogło być inaczej – tylko tak właśnie!…
W uczonej złocistości ich wróżebnych ksiąg
Wieszcz, co bogów nie odróżnia od chmur i łątek –
W czasie przeszłym – dni przyszłych spowiada ciąg
I pośmiertną wiedzą krzepi istnienia wątek…
Jakiś bóg z ich orszaku (złoć się, mrzonko, złoć!)
Zawieruszy się w jeziornym nieba odbiciu
I malejąc w docześnie srebrniejącą płoć,
Modrą wieczność w tym podwodnym wchłonie przeżyciu.
A ich elfy, co cierpią z dala od swych gwiazd
Na bezsenność wpośród kwiatów (o, gwiezdniej cierpcie!),
W żal pobiegną przez nagle urojony chwast,
Aż w tym chwaście zaszeleszczą ich żwawe kierpcie.
Słyną z czarów Marsjanki!… Niezgadniona płeć
Od ust naszych je przegrodzi – ledwo snu zasiedzą…
Byle tylko miłować i naglić i chcieć –
A nauczą nowych pieszczot. bo o czymś wiedzą…
Któż się zdoła domyśleć, jaki strach i szał
Pała w oczach, co się w słońcu mienią na opal!
Czym jest wobec tych niebem nasyconych ciał
Nasze ziemskie dziewuszątko i jego – chłopal?…
Z nich jedna – wiem na pewno, że pokocha mnie,
Ku mnie ciałem – wzbronnym światu – występnie spłonie.
Obczyzno, przyswojona w pieszczocie i śnie!…
Tajemnico, co posiadasz – usta i dłonie!
Za jej sen – w mym uścisku, za pieszczotę nóg,
Za wniknięcie pocałunkiem w jej czary żyzne –
Oddam chętnie, natychmiast – na rozstaju dróg –
Żywot wieczny i tę całą – zagrobowiznę!
W ślad za nią będzie kroczył niewidzialny mops,
Co podziemne węsząc zmory, wyje w niebiosy
Lub szczeka głosem czujnie rozśpiewanych kobz,
By odstraszyć złe uroki – złe sny – złe losy.
Jak brzmieć będzie jej imię – nie wiem, ale wiem,
Że wprowadzi mnie w głąb cudów – przez szum i trawę
Na stole leżało jajko,
zwane świąteczną pisanką.
Wzory na nim malowane,
także mogą być drapane.
Kolorowe czy drapane -
jajko jest najlepsze z chrzanem.
Oby zdrówko dopisało,
by jajeczko smakowało,
by babeczka nie tuczyła,
atmosfera miła była,
by króliczek uśmiechnięty
przyniósł radość w ten dzień święty!!!
Staropolskim obyczajem,
dużo szynki życzę z jajem,
niech zające i barany
pospełniają Wasze plany.
Święta to jest czas wyżerki,
a więc porzućcie swe rozterki.
Stefani Joanne Angelina Germanotta (ur. 28 marca1986 w Nowym Jorku), najbardziej znana pod swoim pseudonimem artystycznym Lady Gaga - amerykańska piosenkarka i autorka piosenek wykonująca muzykę popową. W latach 1999-2006 wokalistka Stefani Germanotta Band. Po rozwiązaniu grupy rozpoczęła karierę solową.
Swój pierwszy album Red and Blue nagrała jako Stefani. Jako Lady Gaga, w 2008 roku piosenkarka zadebiutowała na rynku muzycznym wydając album The Fame.
Jako inspiracje dla swojej muzyki, Lady Gaga wymienia takich artystów glam rockowych jak David Bowie i Queen, oraz artystów popowych jak Michael Jackson i Madonna. Gaga jest rozpoznawalna dzięki swojemu unikalnemu stylowi outré, co w szczególności widać w jej kostiumach i klipach muzycznych[potrzebne źródło]. 31 stycznia2010 roku Lady Gaga zdobyła dwie nagrody Grammy (pośród 12 nominacji) za utwór "Poker Face" i album The Fame, a 16 lutego zdobyła trzy nagrody Brit Awards we wszystkich kategoriach, w których była nominowana. Pojawiła się dwukrotnie w Księdze rekordów Guinnessa[4], a sprzedaż jej płyt i singli wynosi kolejno ponad 15 i 51 milionów. Lady Gaga jest Artystką roku 2010 według magazynu Billboard[5], oraz zajęła 73 miejsce w rankingu artystów dekady[6]. Gaga pojawiła się na liście "najbardziej wpływowych ludzi na świecie" tygodnika Time, oraz na liście dwutygodnika Forbes "100 najbardziej wpływowych celebrytów na świecie"[7][8].
Stefani Joanne Angelina Germanotta urodziła się w Nowym Jorku. Jest córką włoskiego przedsiębiorcy branży IT, Josepha Germanotty pochodzącyego z Lombardii oraz asystentki w firmie telekomunikacyjnej - Cynthii Germanotty, która jest Amerykanką pochodzącą z New Jersey[9]. Oboje są Amerykanami włoskiego pochodzenia[10][11]. Jako dziecko uczęszczała do szkoły katolickiej Convent of the Sacred Heart[12].
Naukę gry na pianinie rozpoczęła w wieku czterech lat. Pierwszą balladę skomponowała, gdy miała 13 lat, a już rok później rozpoczęła granie koncertów przed publicznością[13]. W wieku siedemnastu lat uzyskała wcześniejszy dostęp na nowojorski uniwersytet Tisch School of the Arts, gdzie studiowała muzykę. Rozwijała swoje zdolności pisarskie tworząc eseje i teksty analityczne dotyczące takich tematów jak sztuka, religia, czy polityka[14]. Po pewnym czasie przerwała naukę.
Kiedy ukończyła dwadzieścia lat rozpoczęła pracę, pisząc piosenki dla artystów należących do wytwórni Interscope Records. Po opuszczeniu domu rodzinnego[15] Gaga zaczęła występować publicznie w klubach w centrum Manhattanu, wraz z zespołami Mackin Pulsifer oraz SGBand. Chcąc zmienić swój typ sceniczny z rock and rollowego zainteresowała się muzyką pop[16].
Swój pseudonim sceniczny zaczerpnęła z tytułu utworu zespołu QueenRadio Ga Ga po tym jak producent muzyczny Rob Fusari określił jej styl śpiewu jako podobny do tego, który prezentował Freddie Mercury.
W 2008 na łamach miesięcznika "Rolling Stone" artystka oficjalnie dokonała coming outu jako osoba biseksualna[17][18]. Uznawana jest za gejowską i lesbijską ikonę[19].
Lady Gaga podczas występu w restauracji we wczesnym etapie swojej kariery
Piosenkarka początkowo należała do wytwórni Def Jam[20] kiedy to w wieku dziewiętnastu lat w swoim biurze dyrektor muzyczny wytwórni L.A. Reid usłyszał śpiew artystki z korytarza. Pomimo tego wokalistka przyznała, iż nigdy osobiście nie spotkała Reida. Po trzech miesiącach współpracy Reid pozbawił Gagę praw do kontraktu, zrywając go.
Nieoficjalne źródła podają, że w 2006 roku GaGa, wtedy jeszcze jako Stefani nagrała EP Red and blue.
Kilka lat później artystkę dostrzegł dyrektor menadżerski wytwórni Interscope Vincent Herbert i zaproponował kontrakt z firmą fonograficzną w 2008 roku. Zaskoczony jej zdolnościami artystycznymi, dyrektor zatrudnił ją na stanowisku songwritera. Gaga współpracowała z wytwórnią Interscope już wcześniej, kiedy to prezes firmy Jimmy Iovine zaproponował wokalistce kontrakt na początku 2007 roku. Zaoferował on wokalistce umowę na warunkach pracy GaGi wraz z raperem i producentem muzycznym Akonem. Ten, gdy usłyszał głos piosenkarki na jednym ze swoich nagrań, dostrzegł u artystki potencjał muzyczny i przekonał Ioviene'a, by ten udzielił zgody na dołączenie Lady Gagi do grona artystów związanych z wytwórnią Kon Live Distribution[21].
W 2007 roku Lady Gaga nawiązała współpracę z tancerką Lady Starlight, która pomogła w stworzeniu jej własnego wizerunku scenicznego[22]. Duet zaczął prezentować się muzycznie na Manhattanie w klubach Mercury Lounge, The Bitter End i Rockwood Music Hall pod szyldem Lady Gaga and The Starlight Revue[23][24]. Uznany za ostateczny popowo burleskowy rock show[25]. Występy inspirowane były kulturą lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku[26]. W 2007 Lady Gaga oraz Lady Starlight zaproszone zostały na festiwal muzyczny Lollapalooza, gdzie zaskoczyły widzów swoim dzikim występem[27]. Show zostało skrytykowane natomiast sam występ wokalny zdobył uznanie krytyków muzycznych.
Pod koniec roku 2007 wokalistka rozpoczęła prace nad materiałem na swój debiutancki album muzyczny. W tym celu Lady Gaga nawiązała współpracę z zespołem producenckim RedOne Productions.
W 2008 Gaga przeniosła się do Los Angeles, gdzie udoskonalała i wykonywała ostatnie poprawki w sesji nagraniowej do albumu The Fame. Koncepcję płyty artystka wyjaśniła jako sposób na poznanie emocji osoby znanej. Wyznała również, że:
„
Kultura pop to sztuka. Nie stawia Cię w dobrym świetle brak sympatii do tej kultury, więc zmieściłam wszystko z popu na The Fame i właśnie to możesz na tej płycie usłyszeć. Ale to jest nierozważna sława. Chciałam Was wszystkich zaprosić na tę imprezę, żebyście poczuli smak tego życia.
”
Styl muzyczny płyty Gaga opisała jako bardzo zróżnicowany. Nad albumem wokalistka pracowała z zespołem Haus of Gaga, którego Germanotta stała się muzą pod względem odzieży, sceny koncertowej oraz brzmień muzycznych.
„
W tym przemyśle posiadasz wielu stylistów i producentów, którzy chcą pozbyć się twojego własnego stylu, ale to moja własna, stworzona przeze mnie drużyna. Każdy w niej ma mniej niż dwadzieścia sześć lat natomiast wszystko robimy razem.
”
The Fame zyskał głównie pozytywne recenzje od krytyków muzycznych. Recenzent "Times Online" opisał album jako fantastyczny miks ballad Davida Bowie'go, dramatyczne, inspirowane piosenkami Queen szybkie numery, które bazują w stylu synth-popowym. Głównym singlem promującym krążek stała się kompozycja Just Dance wydana dnia 8 kwietnia2008, która dotarła na szczyty list przebojów w siedemnastu krajach[28].
Lady Gaga wygłasza przemówienie na Krajowym Marszu Równości (USA)
Jednym z państw, gdzie piosenka zyskała status numeru jeden były Stany Zjednoczone, w których utwór znalazł się na notowaniach airplay w październiku sześć miesięcy po premierze, a szczyt notowania zyskał w roku 2009[29]. Na drugiego singla, prezentującego dzieło Gagi wybrany został utwór Poker Face, który ukazał się dnia 29 września2008 i zajął szczyty notowań w dwudziestu krajach, w tym prawie wszystkich tych mających największy wpływ na przemysł muzyczny. Poker Face stał się drugim utworem, który objął miejsce pierwsze na notowaniu Billboard Hot 100[30].
Album The Fame zajął szczyty najchętniej kupowanych albumów w Austrii, Irlandii, Kanadzie oraz Wielkiej Brytanii natomiast pozycję czwartą na australijskim notowaniu[31][32]. W październiku2008 wokalistka wyruszyła w swoją pierwszą trasę koncertową wraz z zespołem New Kids on the Block, gdzie miała za zadanie przygotować publiczność na występ boysbandu[33]. Sama udzielała się również muzycznie w utworze Big Girl Now[34]. Seria koncertów z udziałem Gagi zakończyła się w listopadzie2008. Pod koniec października na amerykańskim rynku muzycznym wydany został album The Fame. Zadebiutował on na pozycji siedemnastej notowania Billboard Hot 200 ze sprzedażą sięgającą 24 tysięcy egzemplarzy[35]. Do tej pory longplay, jako najwyższe objął miejsce czwarte i odznaczony został złotą płytą w tymże kraju[36]. Od stycznia do maja2009 piosenkarka przebywała w trasie koncertowej wspólnie z zespołem Pussycat Dolls, gdzie zagrała koncerty w Europie i Oceanii. 12 marca2009 wokalistka rozpoczęła swoją solową serię koncertów pod nazwą The Fame Ball Tour by promować krążek w swoim rodzimym kraju[37].
Drugi studyjny album Lady Gagi zatytułowany The Fame Monster oficjalnie wydano 23 listopada2009 roku. Początkowo miał on zostać wydany jako reedycja debiutanckiej płyty artystki, lecz decyzja ta została zmieniona i nowy krążek Lady figuruje pod kategorią EP. Promuje go singel Bad Romance, który na Billboard Hot 100 zajął drugie miejsce. Piosenkarka 7 listopada2009 wyruszyła, w drugie w swojej solowej karierze, tournee "The Monster Ball Tour" promujące jej drugi album. 26 stycznia2010 odbyła się premiera drugiego singla promującego album The Fame Monster, który zatytułowany jest Telephone[38]. Wokalistka nagrała utwór w duecie z Beyoncé Knowles, z którą wcześniej nagrała remix piosenki Video Phone, znajdującej się na specjalnej wersji deluxe albumu I Am... Sasha Fierce, a trzecim singlem z albumu The Fame Monster jest utwór Alejandro.
25 czerwca 2010 roku Lady Gaga wystąpiła na 12 balu White Tie and Tiara Ball, organizowanym przez Eltona Johna, gdzie wykonała nową piosenkę "You and I", która znajdzie się w trzecim albumie, Born This Way. 28 czerwca po raz pierwszy wykonała tę piosenkę podczas swojej trasy koncertowej The Monster Ball Tour w Montrealu.
Na 15 września 2010 zaplanowano wydanie nowej wersji Księgi światowych rekordów Guinnessa, a w niej, w kategorii "Najwięcej tygodni na liście UK Albums Chart" (UK Albums Chart to oficjalne zestawienie najpopularniejszych albumów w Wielkiej Brytanii), znajdzie się debiutancki album piosenkarki – The Fame.
2 października 2010, Lady Gaga wystąpiła gościnnie na jednym z dwóch tribute koncertów "We Are Plastic Ono Band", zorganizowanych 1 i 2 października w Orpheum Theater w Los Angeles, w ramach obchodów 70-tej rocznicy urodzin Johna Lennona[39]. Lady Gaga wykonała wspólnie z Yoko Ono utwory "It's Been Very Hard" oraz "The Sun Is Down"[39]. Na finał, wszyscy artyści zaproszeni na teń dzień, łącznie z Gagą i Yoko, zaśpiewali wspólnie piosenkę "Give Peace a Chance"[39].
O północy czasu amerykańskiego z 31 grudnia 2010 na 1 stycznia 2011 Lady GaGa ogłosiła, że 13 lutego 2011 na gali Grammy Awards wykona po raz pierwszy singiel ze swojej nowej płyty, Born This Way, która z kolei ukaże się 23 maja 2011[40].
Wydany 13 lutego 2011 singel "Born This Way" pobił kolejne rekordy sprzedaży. W ciągu pięciu dni od wydania "Born This Way" zostało sprzedane w sklepach internetowych ponad milion razy[41]. Singiel zadebiutował na pierwszym miejscu w tysięcznym notowaniu amerykańskiej listy przebojów Billboard Hot 100[42]. Do lutego 2011 roku w serwisie YouTube oficjalny utwór został wysłuchany ponad 14 milionów 400 tysięcy razy[43]. "Born This Way" nie ustępuje nadal z pierwszych miejsc list przebojów w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Nowej Zelandii czy Irlandii, a także utrzymuje się na pierwszym miejscu w ponad 20 krajach w iTunes Store[44].
Teledysk do singla "Born This Way" miał oficjalną premierę 24 lutego 2011[45].